Barcelona znowu sprzedaje do Paryża. Tym razem po to, żeby mieć na Rodriego
Ferran Torres kosztował 55 milionów, odchodzi za pięćdziesiąt i nikt w Barcelonie nie robi z tego dramatu. Problem w tym, że pieniądze są już wydane w głowach — a Manchester City nie zamierza się z tym liczyć.
Redakcja@redakcja
Ferran Torres poleciał do Paryża w piątek wieczorem. W sobotę rano badania, po południu oficjalne ogłoszenie — tak przynajmniej wygląda plan, o którym pisze Marca. Pięćdziesiąt milionów euro, pięć lat kontraktu, trener nazwiskiem Luis Enrique. Wszystko wskazuje na to, że transfer jest już tylko formalnością.
Warto się na moment zatrzymać przy tej kwocie, bo mówi więcej niż komunikat.
Rachunek, który się zgadza
Barcelona kupiła Ferrana w styczniu 2022 za 55 milionów plus dziesięć w zmiennych. Sprzedaje za niecałe pięćdziesiąt, zawodnikowi kończył się kontrakt za rok, a przedłużenie oznaczałoby dopłatę ośmiu milionów dla Manchesteru City z klauzuli zapisanej przy zakupie. Policzcie sami: klub odzyskuje praktycznie całość i pozbywa się przyszłego zobowiązania.
To nie jest sprzedaż z musu. To sprzedaż z kalkulatorem w ręku.
Jest jednak drobna rozbieżność, o której warto wiedzieć. Marca pisze o pięćdziesięciu milionach „plus szereg zmiennych". Mundo Deportivo twierdzi, że zmiennych nie ma wcale i kwota jest sztywna. Różnica z pozoru drobna, ale to ona decyduje, czy Barcelona zarobi na tej operacji, czy tylko wyjdzie na zero.
Kto tu kogo poprosił
Wersja oficjalna jest taka, że to zawodnik przyszedł do klubu. Ferran zakomunikował, że chce do PSG, i — jak podaje Marca — w Barcelonie nikt nie udawał zaskoczenia, bo mówiło się o tym od tygodni. Negocjacje zajęły siedem dni.
Jest jednak szczegół, który warto zapamiętać: w środę Ferran przez agenta poprosił o zwolnienie z treningu, na który miał się stawić u Hansiego Flicka. Nie pojawił się też następnego dnia. To zwykle moment, w którym transfer przestaje być rozważany, a zaczyna być domykany.
Paryż wraca po zakupy
Od 2017 roku PSG zapłaciło Barcelonie 333 650 000 euro. Mundo Deportivo policzyło to co do złotówki i lista robi wrażenie: Neymar za 222 miliony, Xavi Simons za sto pięćdziesiąt tysięcy odstępnego, Rafinha za trzy i pół miliona, Arnau Tenas za darmo, Messi za darmo, teraz Ferran.
Ruch odbywa się w jedną stronę. Ostatnim istotnym transferem z Paryża do Barcelony był Ronaldinho — w 2003 roku, za dwadzieścia siedem milionów.
To nie jest przypadek ani spisek. To opis pozycji: jeden klub sprzedaje, drugi kupuje, i tak od dziewięciu lat.
Pieniądze wydane, zanim wpłynęły
Teraz rzecz najważniejsza, bo cała ta operacja ma jeden cel. Barcelona chce Rodriego.
Z tym że Manchester City właśnie odrzucił drugą ofertę. Pierwsza opiewała na 45 milionów plus zmienne. Druga — według Mundo Deportivo — na 55–60 milionów plus bonusy, które mogły dobić do sześćdziesięciu pięciu. Anglicy chcą siedemdziesięciu do osiemdziesięciu milionów, i to gwarantowanych.
Rodri ma trzydzieści lat i kontrakt do 2027. Za rok będzie mógł odejść za darmo. Powiedział Barcelonie „tak". Wszystko to City doskonale wie — a mimo to nie ustępuje.
Dlaczego? The Times, cytowany przez MD, wiąże twardą postawę Anglików z ich własnym planem: chcą Enzo Fernándeza, a Chelsea żąda 120 milionów funtów, czyli około stu czterdziestu milionów euro. Do tego, jak donosi Fabrizio Romano, Londyńczycy postawili ultimatum z terminem na piątkowe popołudnie. City musi mieć gotówkę, i to natychmiast.
Inaczej mówiąc: Barcelona negocjuje nie z Manchesterem o Rodriego, tylko z Manchesterem o Enzo Fernándeza. Tyle że rachunek ma zapłacić.
Gra o wysoką stawkę po obu stronach
Sytuacja jest niewygodna dla wszystkich. Rodri miał w piątek stawić się na treningu u Enzo Maresci po urlopie — wraca do klubu, w którym publicznie zadeklarował chęć odejścia. City ryzykuje, że zamiast sześćdziesięciu milionów nie dostanie nic i zostanie z niezadowolonym zawodnikiem. Barcelona nie może teraz zostawić go samego, bo się za nią wychylił.
Nikt w tej sytuacji nie ma komfortowej pozycji. Zwykle wtedy ktoś w końcu ustępuje — pytanie tylko, czy zdąży przed zamknięciem okna.
A przy okazji: Koundé zostaje
Na marginesie tej gorączki jedna informacja, która w Barcelonie cieszy bardziej, niż się przyznają. Jules Koundé nie zamierza się nigdzie ruszać.
Interesują się nim Bayern, Arsenal, PSG i Tottenham — z Anglii przeciekło, że Spurs byliby gotowi dać sześćdziesiąt pięć milionów. Konkretnej oferty nie ma żadnej, a Francuz, jak pisze Marca, pozostaje „niewzruszony na wszelkie zaloty". Rok temu przedłużył kontrakt do 2030, ma dwadzieścia siedem lat i sto osiemdziesiąt osiem meczów w barwach klubu.
Deco i Flick zakładają, że w tym oknie wszystko jeszcze może się zmienić. Ale stanowisko zawodnika nazywają definitywnym.