Ferran Torres oficjalnie w PSG
Pięćdziesiąt milionów, pięć lat kontraktu i gol, który dał Hiszpanii mistrzostwo świata. Ferran Torres żegna się z Barceloną w najlepszym momencie kariery — i trafia do drużyny, w której o miejsce w składzie będzie mu jeszcze trudniej niż na Camp Nou.
Redakcja@redakcja
W sobotę rano Barcelona i PSG ogłosiły to, o czym w Hiszpanii pisano od tygodnia. Ferran Torres jest zawodnikiem Paris Saint-Germain. Pięćdziesiąt milionów euro, pięć sezonów kontraktu, trener nazwiskiem Luis Enrique.
Przy samej kwocie ciągnie się od kilku dni drobna rozbieżność. Marca pisze o pięćdziesięciu milionach stałych plus zmiennych. Mundo Deportivo twierdzi, że zmiennych nie ma wcale, a porozumienie zawarto w czwartek. Zgadza się natomiast to, co w tej sprawie najistotniejsze: Barcelona nie zamierzała sprzedać go tanio i tej granicy dopilnowała, mimo że kontrakt kończył mu się za rok.
Lato jego życia
Żeby zrozumieć, dlaczego odchodzi akurat teraz, trzeba cofnąć się do 19 lipca. To wtedy Ferran strzelił gola, który dał Hiszpanii drugi tytuł mistrza świata. Miesiąc później jest zawodnikiem, o którego zabiega mistrz Francji, a Barcelona nie ma czym przebić jego oferty.
Mundo Deportivo zwraca uwagę na szczegół, który wtedy umknął. Już w trakcie mundialu Ferran unikał pytań o przyszłość — nie chciał mówić, czy zamierza przedłużyć umowę, wypełnić ją do końca, czy zmienić koszulkę. Bywa, że chłodna odpowiedź mówi więcej niż deklaracja.
Bilans
Pięć i pół roku na Camp Nou daje liczby, których nikt nie nazwie słabymi: 207 meczów, 65 goli, trzy mistrzostwa Hiszpanii, trzy Superpuchary i Puchar Króla.
Warto przy tym pamiętać, że przez pierwsze lata grał głównie na skrzydle, a nie w polu karnym. Dopiero Hansi Flick ustawił go tam, gdzie sam chciał być — i pod nim Ferran zdobył w dwa sezony czterdzieści bramek: dziewiętnaście w 2024/25 i dwadzieścia jeden w 2025/26. To nie jest dorobek rezerwowego.
Wygryzł Lewandowskiego i wychodzi tym samym latem, co on
Tu robi się ciekawie, i akurat z polskiej perspektywy najbardziej.
W minionym sezonie Ferran regularnie wygrywał rywalizację o miejsce w składzie z Robertem Lewandowskim — z zawodnikiem, który w cztery sezony w Barcelonie zdobył 120 goli, średnio trzydzieści na rozgrywki. Polak odchodzi tego lata, w wieku trzydziestu ośmiu lat. Wydawałoby się, że dla Ferrana to moment, na który czekał: numer dziewięć zwalnia się na dobre.
A on w tym samym oknie transferowym pakuje walizki.
Jeszcze niedawno, jak przypomina Mundo Deportivo, powtarzał przy każdej okazji, że chce się przebić w Barcelonie właśnie jako „dziewiątka". Nie będzie mu dane — z własnego wyboru.
Wyjaśnienie jest dość prozaiczne. Przez całe lato pierwsze strony gazet w Katalonii zajmuje Julián Álvarez. Ferran mógł uznać, że nawet odejście Lewandowskiego nie da mu roli, jakiej oczekuje, skoro klub i tak szuka kogoś innego. To wniosek uprawniony.
W Paryżu będzie mu trudniej
Uprawnione jest też podejrzenie, że wybrał miejsce, w którym o grę będzie walczył jeszcze ciężej.
W ataku PSG stoi Ousmane Dembélé, aktualny zdobywca Złotej Piłki. Obok niego Chwicza Kwaracchelia i Désiré Doué. Klub właśnie ściągnął Maghnesa Akliouche'a z Monako i domyka transfer Miki Godtsa z Ajaksu — za pięćdziesiąt pięć milionów, czyli więcej, niż zapłacił za Ferrana.
Całą tę hierarchię najlepiej opisuje jedna liczba. W kadrze paryżan wciąż jest Bradley Barcola i PSG żąda za niego od Liverpoolu stu pięćdziesięciu milionów — trzykrotności tego, co wyłożyło na Hiszpana. Barcola jest przy tym pierwszym rezerwowym tej ofensywy.
Innymi słowy: Ferran odchodzi z klubu, w którym był podstawowym napastnikiem, do klubu, w którym we własnym cenniku plasuje się poniżej zmiennika.
Chłodne pożegnanie
Barcelona chciała mu przedłużyć kontrakt. To on w zeszłym tygodniu przekazał władzom klubu, że chce do Paryża, i klub tę decyzję przyjął — bez awantury, ale też bez ciepłych słów. Mundo Deportivo pisze wprost, że kibice Barcelony przyjmują to rozstanie chłodno.
Trudno się dziwić. Odchodzi piłkarz, który w minionym sezonie był jednym z najlepszych w tym zespole, i odchodzi dokładnie wtedy, gdy miał zostać jego numerem jeden.
Co Barcelona zrobi z tymi pięćdziesięcioma milionami, to osobna historia i wcale nie prostsza. Pisaliśmy o niej tutaj.